czwartek, 19 marca 2015
"Teatr Marionetek" Rozdział 2
Rozdział 2
Dziewczynka spała sobie spokojnie nieświadoma niczego przykryta biało fioletową kołdrą. Czarny cień przeszedł po jej twarzy. Mrugając lekko tylko na ułamek sekundy otworzyła oczy ale je zamknęła zbyt znużona snem. Małe stukanie stup obudziło w matce niepokój. Matka siedziała w drugim pokoju na fotelu czytając książkę przykryta kocem. Kobieta miała czarne włosy szaro-zielone, mądre oczy i lekko pomarszczoną skórę. Była to aktorka z teatru w którym zamordowano poprzedniego starca. Matka od początku wiedziała że coś było nie tak z teatrem. Na sobie miała fioletowy, miękki szlafrok a na nogach wełniane ciapcie. Wstała z fotelu zrzucając z siebie koc i po cichu weszła do drugiego pokoju w którym spała córka. Uchyliła lekko drzwi i spojrzała na śpiącą córeczkę. Lekko uśmiechnęła się gdy zauważyła brązowego misia koło jej twarzy. Nigdy dziewczynka nie rozstawała się z misiem i wszędzie go zabierała co wywoływało dziwne spojrzenia dzieci z jej klasy. Matka uspokojona weszła do pokoju by przykryć córkę kocem. Małe, stabilne postukiwanie drewna o podłogę przyprawiła matkę o szybsze bicie serca i strach. Odwróciła się gwałtownie za siebie ale nikogo tam nie było. Przerażona wpatrywała się lśniącą podłogę. Odwróciła się w stronę córki. Widok który ujrzała wstrząsnął nią niemiłosiernie. Mała lalka stała na łóżku córki wpatrując się dużymi, smutnymi, "niewidomymi" oczami. Długie, blond włosy wystają zawsze z czubka głowy urosły lalce i były jak na jej wzrost do pasa. Wyraz twarzy był jak zwykle ten sam. Smutny i przerażający. Kukła była w poszarpanej sukience o ile nie była to zwykła biała pobrudzona szmatka. Małe drewniane stópki jak zwykle były bez bucików a słuchawki na uszach marionetki były na swoim miejscu. Jednakże strach ogarnął matkę gdy zauważyła, że marionetka ma obcięte sznurki. Lalka przechyliła głowę przyglądając się matce. Kobieta złapała za pierwszą rzecz z brzegu i rzuciła w stronę lalki. Skarbonka rozbiła się o lalkę a ra przewróciła się do tyłu prostu na kołdrę córki. Marionetka przewróciła się zwinnie na brzuch i niczym żmija zaczęła czołgać się w stronę śpiącej dziewczynki. Kobieta wrzeszcząc ale bojąc się podejść rzucała wszystkim w marionetkę. Żadna z rzeczy nie trafiła ponownie lalki. Kukiełka zwycięsko dotarła do twarzy śpiącej ale już budzącej się dziewczynki i wbiła jej palce w oczy. Dziewczynka wrzeszczała razem z matką gdy kukła niemiłosiernie wygrzebała jej oczy i kreśląc na policzku dziecka znak znikła w ciemnościach a po niej pozostał tylko mroczny śmiech. Dziewczynka miotała się na łóżku walcząc o życie. Stara kobieta podbiegła do córki i przytulając ją przepraszała i płakała gdy ta coraz słabiej miotała się w jej ramionach. Dziewczynka znieruchomiała a kobieta wybuchła rzewnym płaczem. Krzyczała, przepraszała i błagała Boga by oddał jej córkę i ukarał ją w inny sposób. Dziewczynka zwisała na ramionach kobiety niczym marionetka gdy obetnie się jej sznurki. Niczym Marionetka...
~~•~~•~~•~~•~~•~~•~~•
Przepraszam, że krótkie ale musze utrzymać napięcie :D
~~•~~•~~ JESTEŚ TU ? CZYTASZ ? LAJKUJ, KOMENTUJ I POLECAJ ZNAJOMYM MOJE OPOWIADANIA !!! ~~•~~•~~•~~•~~
środa, 11 marca 2015
"Biały Proszek" Rozdział 1
Obudziło ją pikanie maszyn. Otworzyła lekko oczy i z przerażeniem je szybko zamknęła ~Niech to będzie sen. Proszę niech to będzie sen~ błagała w myślach. ~ Jeżeli wykryją u mnie narkotyki to już po mnie~ jeszcze chwila a dziewczyna by się rozpłakała. Zakaszlała. Mocny ból przeszył jej płuca tak bardzo że aż nie mogła złapać oddechu. Maszyna przyśpieszyła gwałtownie a ona się dusiła. Pielęgniarki wbiegły przerażone. Dziewczynie coraz bardziej brakowało powietrza a maszyna coraz szybciej pikała.
_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-
- Nadinne... Słyszysz mnie ? Witaj z powrotem...- usłyszała męski głos należący do leka...~Zaraz zaraz. "Z POWROTEM" ??? To znaczy że... Że BYŁAM martwa ?!~ myśli młodej Forqur pędziły jak szalone. Gwałtownie otworzyła oczy. Światło uderzyło w nią jak petarda oślepiając ją na pare chwil. - Czy... Cz... Czy... J... Ja... By... Była... Byłam... M... Mar... Martwa ? - mówienie przychodziło jej z większą trudnością niż się spodziewała. - Hmm... Jak by to... Powiedzmy to tak. Gdyby nie szybka reakcja wyspecjalizowanych lekarzy dawno pani by tu już nie było.- stwierdził lekarz. - D...Długo... T...tu... siedzę ? - zapytała tylko Nadninne. Obawiała sie najgorszego. - 2 dni. Wczoraj pani miała operacje a dziś pani będzie musiała iść na badania. - stwierdził lekarz. Nadinne odetchnęła z ulgą. ~ Nie wykryją ich jest dobrze~. Po godzinie leżeniu i myśleniu nad tym co się tak właściwie stało dziewczyna wstała i poszła za pielęgniarką na badania. Lekarka robiła jej milion badań i zadawała tysiąc pytań. Po wszystkich zabiegach Nadinne wróciła z powrotem do pokoju, który dzieliła z jedną czarno włosą dziewczyną. - Był tu jakiś chłopak. Pytał się o ciebie. - powiedziała czarno włosa piskliwym dziewczęcym głosem. Nadinne zmarszczyła brwi i zapytała - Jaki chłopak ? To znaczy... Jak wyglądał ? - dziewczyna przymknęła oczy próbując sobie przypomnieć szczegóły. - Taki wysoki... Rudo brązowe włosy i chyba... Chyba zielono szare... Oczy. Miał taką czarną bluzę z kapturem i szerokie dżinsy. Prawdziwy przystojniak z niego... Znasz może go ? A może to twój chłopak ? Jeśli nie to chyba ci nie przeszkadza gdybym go troche bardziej poznała prawda ? Chyba że to twój brat ale... Ale chyba nie jesteście rodzeństwem bo nie wyglądacie podobnie... - dziewczyna była bardzo rozgadana w przeciwieństwie do Nadinne. Ta tylko przewracała oczami i milczała. Milczała do póki nie uderzyło w nią co mówiła jej koleżanka z pokoju. - Dionizi... - wyszeptała Nadinne. - Co ? - zapytała dziewczyna mysim głosem. - Nic, nic - odpowiedziała szybko Nadinne. - Mhm... Jestem Luna Evertown. Ale wszyscy mówią na mnie Luny. Może jestem troche gadatliwa jak pewnie już zauważyłaś ale po prostu ja mam ludziom często tyle do przekazania że po prostu czasem musze tow wszystko powiedzieć jednym tchem. A ty jak się nazywasz ? - zapytała Luna. - Nadinne. Nadinne Forqur.- powiedziała Nadinne patrząc na nią spod rzęs. - Nadinne... Nadzieja... Piękne imię. Też bym chciała żebym miała na drugie Nadinne. Luna oznacza po łacinie Księżyc z czego jestem zadowolona. Niestety moje drugie imię nie ma za specjalnego znaczenia. Na drugie mam Solito. Ładnie brzmi owszem ale znaczenie tego imienia to po prostu Zwyczajna. A właśnie ! Ten twój kolega powiedział mi że mam do niego zadzwonić jak wrócisz bo idzie do sklepu po coś tam i dał mi swój numer. - powiedziała w stronę Nadinne Luna. - Yh... Może lepiej do niego nie dzwoń ? Proszę. - jęknęła dziewczyna. Nie chciała aby najpopularniejszy chłopak w szkole w dodatku kochaś jej dręczycielki, Leonory przyłaził do niej gdy jest w szpitalu. To tak jakby jemu na niej zależało. Gdyby Dionizi przyszedł do Nadinne Leonora nigdy by jej tego nie wybaczyła a Nadinne przestała by mieć choćby minimalne życie w szkole. - No dobra... Niech ci będzie ale... Opowiedz coś o sobie. - Luna wstała ze swojego łóżka i popchnęła je w stronę łóżka Nadinne. Czarno włosa złączyła obydwa łóżka po czym usiadła na przeciwko Nadinne. - No to...- zaczęła Nadi. - No to jak ci już wiadomo jestem Nadinne Forqur. Mam 17 lat. Nie mam zbyt szczególnych zainteresowań... Teraz ty. - powiedziała już troche bardziej ochoczo Nadinne. Luna przygryzła na chwile wargę jakby o czymś myślała. Po chwili jednak zaczęła opowiadać. - Luna Solito Evertown. 18 latka. Jestem tak jakby fryzjerką ale tak na prawdę chciałabym zostać wielką aktorką. W obsadzie filmów z oskarami by widniało moje nazwisko : L.S. Evertown. - rozmarzyła się Luny. - no ale mniejsza z tym. Mów mi Solito ok ? Nikt tak do mnie nie mówi a ja cie lubię. Nawet bardzo a ja ci będę mówiła Nadi ok ? - zapytała Luna. Nadinne zgodziła sie i po raz pierwszy gadała z kimś przez całą kolejną noc. Wcześniej Nadi nie mogła przyjrzeć się Solito ale w końcu zdołała. Dziewczyna miała prostu noc. Duże czarne oczy i czarne jak sie później okazało farbowane włosy. Miała blado-różową skórę i była wysoka oraz szczupła. Nadinne jednak ne zwróciła uwagi na dziwne zachowanie Solito...
------
przepraszam że krótkie :(
JESTEŚ TU ? CZYTASZ ? ----> LAJKUJ UDOSTĘPNIAJ I KOMENTUJ :*
wtorek, 3 marca 2015
"Biały Proszek" Prolog
Prolog
- Leonoro. Wstań proszę. - powiedziała spokojnie kobieta w średnim wieku przerywając swój wykład. Kobieta miała czarne włosy przetykane szarością. Jej lekko pomarszczona skóra kiedyś pasowała do już lekko przygasłych,zielonych oczu, które spoglądały z dezaprobatą na czarno włosą uczennice o zielonych oczach i opalonej skórze. Dziewczyna wstała pokazując przy tym swoją świetną figurę. - Po pierwsze. Guma do kosza. - powiedziała staruszka coraz to podnosząc głos. Dziewczyna o imieniu Leonora niczym modelka podeszła do kosza i "wyrzuciła" gumę. - Po drugie. Podaj mi ów karteczkę, którą przed chwilą bezczelnie rzuciłaś c Mateusza. - kontynuowała staruszka. Leonora podeszła do chłopaka co wywołało w nim uśmiech. Dziewczyna wyciągnęła rękę oczekują aż chłopak poda jej kartkę. Drugą kartkę. Pustą. Niezapisaną. Podzwaniając złotymi kółkami w jej uszach podeszła do nauczycielki i dała jej kartkę. - A Po Trzecie. Proszę nam powiedzieć droga Leonoro o czym przed chwilą mówiliśmy na dzisiejszej lekcji. - Leonora skrzywiła się na dźwięk jej imienia. Trwało to tylko chwilkę a potem jej usta wykrzywiły się w złośliwy uśmiech - Rozmawialiśmy o tym że mam wyrzucić gumę - balon z gumy bezczelnie pękł przy twarzy nauczycielki gdy zadzwonił dzwonek. Oburzona zebrała wszystkie swoje rzeczy i wyszła z klasy zamykając za sobą drzwi. Szczęście miało to do siebie iż zawsze omijało szerokim łukiem jedną dziewczynę. A mianowicie Nadinne Forqur. Dziewczyna o o potarganych, długich ciemno brąz włosach pakowała się właśnie ubrana w czarną bluzę z kapturem, którego zarzuciła na głowę i czarne rurki. Złapała swoją spakowaną torbę i szarpnęła drzwi. Ani drgnęły. Spróbowała jeszcze raz i nic. - Cholera ! - krzyknęła na siebie Nadinne. Odwróciła się plecami do drzwi i ciężko usiadła na podłodze opierając się o drzwi. Otworzyła małą kieszonkę z tyłu torby i wyjęła z niej malutką folióweczke z białym proszkiem. Westchnęła i wysypała zawartość "torebeczki" na wyjętą wcześniej linijkę. Rozkręciła długopis. Długą rurkę przytknęła jednym końcem do nosa i wciągnęła co było na linijce. Starała się nie kichać. Pochowała wszystko do plecaka i podeszła do okna. Patrzyła i myślała. Nie miała łatwego życia. Matka chlała ojciec w pace. Jedynie brat ją rozumiał. Pracował codziennie i tak utrzymywał rodzinę. Nadinne też starała się jak mogła gdzie była praca tam szła. Niestety to ni wystarczało wiec razem z bratem czasem co kradli. Nie mieli wyboru. Alarm rozległ się po całej szkole spanikowana Nadinne odwróciła się do drzwi i zrozpaczona rzuciła sie na nie waląc i krzycząc. - Eeej !!! Pomocy !!! Jestem tutaj !!! Pomocy !!! Eeeeej !!! Niech ktoś mi pomoże !!! Otwórzcie błagam...- zrozpaczona waliła w drzwi. Poczuła dym. Zaczęła kaszleć i sie dusić. Podbiegła do okna i sie z kim szarpać. Okno zacięło sie ale dalej z nim walczyła. Dusząc się miała coraz mniej sił. Nogi ugięły się pod nią i upadła. Trzymają ciągle rękę na klamce powoli jej oczy zamykały się. Upadła...
- Leonoro. Wstań proszę. - powiedziała spokojnie kobieta w średnim wieku przerywając swój wykład. Kobieta miała czarne włosy przetykane szarością. Jej lekko pomarszczona skóra kiedyś pasowała do już lekko przygasłych,zielonych oczu, które spoglądały z dezaprobatą na czarno włosą uczennice o zielonych oczach i opalonej skórze. Dziewczyna wstała pokazując przy tym swoją świetną figurę. - Po pierwsze. Guma do kosza. - powiedziała staruszka coraz to podnosząc głos. Dziewczyna o imieniu Leonora niczym modelka podeszła do kosza i "wyrzuciła" gumę. - Po drugie. Podaj mi ów karteczkę, którą przed chwilą bezczelnie rzuciłaś c Mateusza. - kontynuowała staruszka. Leonora podeszła do chłopaka co wywołało w nim uśmiech. Dziewczyna wyciągnęła rękę oczekują aż chłopak poda jej kartkę. Drugą kartkę. Pustą. Niezapisaną. Podzwaniając złotymi kółkami w jej uszach podeszła do nauczycielki i dała jej kartkę. - A Po Trzecie. Proszę nam powiedzieć droga Leonoro o czym przed chwilą mówiliśmy na dzisiejszej lekcji. - Leonora skrzywiła się na dźwięk jej imienia. Trwało to tylko chwilkę a potem jej usta wykrzywiły się w złośliwy uśmiech - Rozmawialiśmy o tym że mam wyrzucić gumę - balon z gumy bezczelnie pękł przy twarzy nauczycielki gdy zadzwonił dzwonek. Oburzona zebrała wszystkie swoje rzeczy i wyszła z klasy zamykając za sobą drzwi. Szczęście miało to do siebie iż zawsze omijało szerokim łukiem jedną dziewczynę. A mianowicie Nadinne Forqur. Dziewczyna o o potarganych, długich ciemno brąz włosach pakowała się właśnie ubrana w czarną bluzę z kapturem, którego zarzuciła na głowę i czarne rurki. Złapała swoją spakowaną torbę i szarpnęła drzwi. Ani drgnęły. Spróbowała jeszcze raz i nic. - Cholera ! - krzyknęła na siebie Nadinne. Odwróciła się plecami do drzwi i ciężko usiadła na podłodze opierając się o drzwi. Otworzyła małą kieszonkę z tyłu torby i wyjęła z niej malutką folióweczke z białym proszkiem. Westchnęła i wysypała zawartość "torebeczki" na wyjętą wcześniej linijkę. Rozkręciła długopis. Długą rurkę przytknęła jednym końcem do nosa i wciągnęła co było na linijce. Starała się nie kichać. Pochowała wszystko do plecaka i podeszła do okna. Patrzyła i myślała. Nie miała łatwego życia. Matka chlała ojciec w pace. Jedynie brat ją rozumiał. Pracował codziennie i tak utrzymywał rodzinę. Nadinne też starała się jak mogła gdzie była praca tam szła. Niestety to ni wystarczało wiec razem z bratem czasem co kradli. Nie mieli wyboru. Alarm rozległ się po całej szkole spanikowana Nadinne odwróciła się do drzwi i zrozpaczona rzuciła sie na nie waląc i krzycząc. - Eeej !!! Pomocy !!! Jestem tutaj !!! Pomocy !!! Eeeeej !!! Niech ktoś mi pomoże !!! Otwórzcie błagam...- zrozpaczona waliła w drzwi. Poczuła dym. Zaczęła kaszleć i sie dusić. Podbiegła do okna i sie z kim szarpać. Okno zacięło sie ale dalej z nim walczyła. Dusząc się miała coraz mniej sił. Nogi ugięły się pod nią i upadła. Trzymają ciągle rękę na klamce powoli jej oczy zamykały się. Upadła...

Subskrybuj:
Posty (Atom)

