poniedziałek, 6 kwietnia 2015

"Teatr Marionetek" Rozdział 3



Rozdział 3
- Nic! Nic kompletnie się nie układa! - krzyknęła sfrustrowana Francic. Siedziała już od 4 godzin przy biurku gdzie były porozwalane papiery z dowodami. -O co tu chodzi? - wyszeptała do siebie kobieta. Nic nie rozumiała. Jej myśli wędrowały od zamordowanych osób aż do Erika McCras'a.  Coraz częściej przyłapywała się na tym, że o nim myśli. Erik był przystojny ale także zarozumiały i czarujący. A co gorsze był odzwierciedleniem ideału mężczyzny Francic. Kobieta patrzyła szklanymi oczami na dwie kartki z informacjami zamordowanych osób. Na pierwszej było nazwisko staruszka o którym mówił Erik. A na drugiej widniało nazwisko małej Melanie Vé. - Melanie Vé...- wyszeptała kobieta uświadamiając sobie coś. Zaczęła grzebać w szufladzie w poszukiwaniu dokumentów na temat jej matki. - Tak jak myślałam.- wyszeptała z triumfalnym uśmiechem. Matką zabitej dziewczynki była aktorka z teatru gdzie pracował staruszek. Nazywała się Veronica Von-Vé. -Teatr...- Weszła do gabinetu Erika i wysunęła jego szufladę wyjmując album dotyczący wszystkich pracowników teatru. Otworzyła go i zauważyła kilka zdjęć i podstawowe informacje. Imię, nazwisko, wiek, obecne zamieszkanie. Przy zdjęciach Veronicy Von-Vé i Noet'a Grecic były czerwone krzyżyki a kółkiem zaznaczona była... Stukot drewnianych stóp wyrwał Francic z zamyślenia. Obejrzała się gwałtownie w stronę drzwi. Przymrużyła oczy gdy nikogo nie zobaczyła. Powoli zamknęła album i podeszła do drzwi. Wyjrzała na korytarz i zamarła. Przy ścianie stała mała marionetka bez sznurków. Drewnianymi palcami zamoczonymi w krwi zaczęła pisać na ścianie koślawe litery. Nie przestając pisać obróciła głowę w stronę Francic. Przerażona cofnęła się gdy Marionetka opuściła rękę i ruszyła w stronę Francic. Marionetka zbliżała się coraz bardziej a Francic stała sparaliżowana. Rozległ się huk a na korytarz wpadła Veronica Von-Vé. Widząc Marionetkę krzyknęła rozpaczliwie a lalka rzuciła się na nią kobieta walczyła z kukłą gdy Francic w końcu się otrząsnęła. Złapała za krzesło stojące w gabinecie Erika i uderzyła nim kukłę, która wyleciała w powietrze. Podbiegła do nieprzytomnej kobiety. Krzyknęła widząc że Marionetka wydłubała jej oczy. Przerażona odwróciła się w stronę kukły, która obracała w drewnianej ręce jedno z oczu kobiety drugie oko schowała gdzieś. Lalka zniknęła a po niej pozostał mroczny śmiech. W momencie gdy śmiech ucichł na korytarz wpadł Erik i widząc zapłakaną i przerażoną Francic podbiegł do niej i mocno ją przytulił. Kobieta wpatrzona była w krzywe litery na ścianie układające się w 4 słowa. "Nikt Ci Nie Pomoże". -Kim jesteś... " wyszeptała Francic...
       ***
Kobieta siedziała na brzegu karetki przykryta kocem. Wszędzie były samochody policyjne. Była 4.30 rano. - Napij sie - powiedział Erik podając jej kubek gorącej herbaty. Francic wzięła herbatę i zaczęła dmuchać żeby troche ostudzić po czym upiła mały łyczek. - Ja... Dziękuje...- wydusiła Francic. Erik spojrzał na nią zdziwiony. - Lodowate serce królowej śniegu w końcu stopniało ? - zapytał ironicznie uśmiechając się przy tym. - Ta...- wymamrotała. - Co tam robiłaś ? - zapytał. - A jak myślisz ? Starałam się zrozumieć cały ten syf - powiedziała zrezygnowana. - Czemu poszłaś sama ?- zapytał zirytowany. - To przesłuchanie ?! - krzyknęła na niego wściekła. Jego twarz od razu złagodniała. Patrzył prosto w jej oczy. Francic zaczęła dziękować w duchu, że siedzi bo teraz na pewno by upadła. - Nie... - wyszeptał i zbliżył się do niej. Francic lekko przymknęła oczy...
~~•~~•~~•~~•~~•~~•~~
~~•~~•JESTEŚ TU ? KOMENTUJ ! OBSERWUJ ! UDOSTĘPNIAJ NA FACEBOOK'U POKAŻ ŻE CZYTASZ !~~•~~•~~•~~•~~•~~•~~•~~•~~


czwartek, 19 marca 2015

"Teatr Marionetek" Rozdział 2



Rozdział 2
Dziewczynka spała sobie spokojnie nieświadoma niczego przykryta biało fioletową kołdrą. Czarny cień przeszedł po jej twarzy. Mrugając lekko tylko na ułamek sekundy otworzyła oczy ale je zamknęła zbyt znużona snem. Małe stukanie stup obudziło w matce niepokój. Matka siedziała w drugim pokoju na fotelu czytając książkę przykryta kocem. Kobieta miała czarne włosy szaro-zielone, mądre oczy i lekko pomarszczoną skórę. Była to aktorka z teatru w którym zamordowano poprzedniego starca. Matka od początku wiedziała że coś było nie tak  z teatrem. Na sobie miała fioletowy, miękki szlafrok a na nogach wełniane ciapcie. Wstała z fotelu zrzucając z siebie koc i po cichu weszła do drugiego pokoju w którym spała córka. Uchyliła lekko drzwi i spojrzała na śpiącą córeczkę. Lekko uśmiechnęła się gdy zauważyła brązowego misia koło jej twarzy. Nigdy dziewczynka nie rozstawała się z misiem i wszędzie go zabierała co wywoływało dziwne spojrzenia dzieci z jej klasy. Matka uspokojona weszła do pokoju by przykryć córkę kocem. Małe, stabilne postukiwanie drewna o podłogę przyprawiła matkę o szybsze bicie serca i strach. Odwróciła się gwałtownie za siebie ale nikogo tam nie było. Przerażona wpatrywała się lśniącą podłogę. Odwróciła się w stronę córki. Widok który ujrzała wstrząsnął nią niemiłosiernie. Mała lalka stała na łóżku córki wpatrując się dużymi, smutnymi, "niewidomymi" oczami. Długie, blond włosy wystają zawsze z czubka głowy urosły lalce i były jak na jej wzrost do pasa. Wyraz twarzy był jak zwykle ten sam. Smutny i przerażający. Kukła była w poszarpanej sukience o ile nie była to zwykła biała pobrudzona szmatka. Małe drewniane stópki jak zwykle były bez bucików a słuchawki na uszach marionetki były na swoim miejscu. Jednakże strach ogarnął matkę gdy zauważyła, że marionetka ma obcięte sznurki. Lalka przechyliła głowę przyglądając się matce. Kobieta złapała za pierwszą rzecz z brzegu i rzuciła w stronę lalki. Skarbonka rozbiła się o lalkę a ra przewróciła się do tyłu prostu na kołdrę córki. Marionetka przewróciła się zwinnie na brzuch i niczym żmija zaczęła czołgać się w stronę śpiącej dziewczynki. Kobieta wrzeszcząc ale bojąc się podejść rzucała wszystkim w marionetkę. Żadna z rzeczy nie trafiła ponownie lalki. Kukiełka zwycięsko dotarła do twarzy śpiącej ale już budzącej się dziewczynki i wbiła jej palce w oczy. Dziewczynka wrzeszczała razem z matką gdy kukła niemiłosiernie wygrzebała jej oczy i kreśląc na policzku dziecka znak znikła w ciemnościach a po niej pozostał tylko mroczny śmiech. Dziewczynka miotała się na łóżku walcząc o życie. Stara kobieta podbiegła do córki i przytulając ją przepraszała i płakała gdy ta coraz słabiej miotała się w jej ramionach. Dziewczynka znieruchomiała a kobieta wybuchła rzewnym płaczem. Krzyczała, przepraszała i błagała Boga by oddał jej córkę i ukarał ją w inny sposób. Dziewczynka zwisała na ramionach kobiety niczym marionetka gdy obetnie się jej sznurki. Niczym Marionetka...
~~•~~•~~•~~•~~•~~•~~•
Przepraszam, że krótkie ale musze utrzymać napięcie :D
~~•~~•~~ JESTEŚ TU ? CZYTASZ ? LAJKUJ, KOMENTUJ I POLECAJ ZNAJOMYM MOJE OPOWIADANIA !!! ~~•~~•~~•~~•~~

środa, 11 marca 2015

"Biały Proszek" Rozdział 1


Rozdział 1
Obudziło ją pikanie maszyn. Otworzyła lekko oczy i z przerażeniem je szybko zamknęła ~Niech to będzie sen. Proszę niech to będzie sen~ błagała w myślach. ~ Jeżeli wykryją u mnie narkotyki to już po mnie~ jeszcze chwila a dziewczyna by się rozpłakała. Zakaszlała. Mocny ból przeszył jej płuca tak bardzo że aż nie mogła złapać oddechu. Maszyna przyśpieszyła gwałtownie a ona się dusiła. Pielęgniarki wbiegły przerażone. Dziewczynie coraz bardziej brakowało powietrza a maszyna coraz szybciej pikała.
_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-_-
- Nadinne... Słyszysz mnie ? Witaj z powrotem...- usłyszała męski głos należący do leka...~Zaraz zaraz. "Z POWROTEM" ??? To znaczy że... Że BYŁAM martwa ?!~ myśli młodej Forqur pędziły jak szalone. Gwałtownie otworzyła oczy. Światło uderzyło w nią jak petarda oślepiając ją na pare chwil. - Czy... Cz... Czy... J... Ja... By... Była... Byłam... M... Mar... Martwa ? - mówienie przychodziło jej z większą trudnością niż się spodziewała. - Hmm... Jak by to... Powiedzmy to tak. Gdyby nie szybka reakcja wyspecjalizowanych lekarzy dawno pani by tu już nie było.- stwierdził lekarz. - D...Długo... T...tu... siedzę ? - zapytała tylko Nadninne. Obawiała sie najgorszego. - 2 dni. Wczoraj pani miała operacje a dziś pani będzie musiała iść na badania. - stwierdził lekarz. Nadinne odetchnęła z ulgą. ~ Nie wykryją ich jest dobrze~. Po godzinie leżeniu i myśleniu nad tym co się tak właściwie stało dziewczyna wstała i poszła za pielęgniarką na badania. Lekarka robiła jej milion badań i zadawała tysiąc pytań. Po wszystkich zabiegach Nadinne wróciła z powrotem do pokoju, który dzieliła z jedną czarno włosą dziewczyną. - Był tu jakiś chłopak. Pytał się o ciebie. - powiedziała czarno włosa piskliwym dziewczęcym głosem. Nadinne zmarszczyła brwi i zapytała - Jaki chłopak ? To znaczy... Jak wyglądał ? - dziewczyna przymknęła oczy próbując sobie przypomnieć szczegóły. - Taki wysoki... Rudo brązowe włosy i chyba... Chyba zielono szare... Oczy. Miał taką czarną bluzę z kapturem i szerokie dżinsy. Prawdziwy przystojniak z niego... Znasz może go ? A może to twój chłopak ? Jeśli nie to chyba ci nie przeszkadza gdybym go troche bardziej poznała prawda ? Chyba że to twój brat ale... Ale chyba nie jesteście rodzeństwem bo nie wyglądacie podobnie... - dziewczyna była bardzo rozgadana w przeciwieństwie do Nadinne. Ta tylko przewracała oczami i milczała. Milczała do póki nie uderzyło w nią co mówiła jej koleżanka z pokoju. - Dionizi... - wyszeptała Nadinne. - Co ? - zapytała dziewczyna mysim głosem. - Nic, nic - odpowiedziała szybko Nadinne. - Mhm... Jestem Luna Evertown. Ale wszyscy mówią na mnie Luny. Może jestem troche gadatliwa jak pewnie już zauważyłaś ale po prostu ja mam ludziom często tyle do przekazania że po prostu czasem musze tow wszystko powiedzieć jednym tchem. A ty jak się nazywasz ? - zapytała Luna. - Nadinne. Nadinne Forqur.- powiedziała Nadinne patrząc na nią spod rzęs. - Nadinne... Nadzieja... Piękne imię. Też bym chciała żebym miała na drugie Nadinne. Luna oznacza po łacinie Księżyc z czego jestem zadowolona. Niestety moje drugie imię nie ma za specjalnego znaczenia. Na drugie mam Solito. Ładnie brzmi owszem ale znaczenie tego imienia to po prostu Zwyczajna. A właśnie ! Ten twój kolega powiedział mi że mam do niego zadzwonić jak wrócisz bo idzie do sklepu po coś tam i dał mi swój numer. - powiedziała w stronę Nadinne Luna. - Yh... Może lepiej do niego nie dzwoń ? Proszę. - jęknęła dziewczyna. Nie chciała aby najpopularniejszy chłopak w szkole w dodatku kochaś jej dręczycielki, Leonory przyłaził do niej gdy jest w szpitalu. To tak jakby jemu na niej zależało. Gdyby Dionizi przyszedł do Nadinne Leonora nigdy by jej tego nie wybaczyła a Nadinne przestała by mieć choćby minimalne życie w szkole. - No dobra... Niech ci będzie ale... Opowiedz coś o sobie. - Luna wstała ze swojego łóżka i popchnęła je w stronę łóżka Nadinne. Czarno włosa złączyła obydwa łóżka po czym usiadła na przeciwko Nadinne. - No to...- zaczęła Nadi. - No to jak ci już wiadomo jestem Nadinne Forqur. Mam 17 lat. Nie mam zbyt szczególnych zainteresowań... Teraz ty. - powiedziała już troche bardziej ochoczo Nadinne. Luna przygryzła na chwile wargę jakby o czymś myślała. Po chwili jednak zaczęła opowiadać. - Luna Solito Evertown. 18 latka. Jestem tak jakby fryzjerką ale tak na prawdę chciałabym zostać wielką aktorką. W obsadzie filmów z oskarami by widniało moje nazwisko : L.S. Evertown. - rozmarzyła się Luny. - no ale mniejsza z tym. Mów mi Solito ok ? Nikt tak do mnie nie mówi a ja cie lubię. Nawet bardzo a ja ci będę mówiła Nadi ok ? - zapytała Luna. Nadinne zgodziła sie i po raz pierwszy gadała z kimś przez całą kolejną noc. Wcześniej Nadi nie mogła przyjrzeć się Solito ale w końcu zdołała. Dziewczyna miała prostu noc. Duże czarne oczy i czarne jak sie później okazało farbowane włosy. Miała blado-różową skórę i była wysoka oraz szczupła. Nadinne jednak ne zwróciła uwagi na dziwne zachowanie Solito...
------
przepraszam że krótkie :(
JESTEŚ TU ? CZYTASZ ? ----> LAJKUJ UDOSTĘPNIAJ I KOMENTUJ :*

wtorek, 3 marca 2015

"Biały Proszek" Prolog

Prolog
- Leonoro. Wstań proszę. - powiedziała spokojnie kobieta w średnim wieku przerywając swój wykład. Kobieta miała czarne włosy przetykane szarością. Jej lekko pomarszczona skóra kiedyś pasowała do już lekko przygasłych,zielonych oczu, które spoglądały z dezaprobatą na czarno włosą uczennice o zielonych oczach i opalonej skórze. Dziewczyna wstała pokazując przy tym swoją świetną figurę. - Po pierwsze. Guma do kosza. - powiedziała staruszka coraz to podnosząc głos. Dziewczyna o imieniu Leonora niczym modelka podeszła do kosza i "wyrzuciła" gumę. - Po drugie. Podaj mi ów karteczkę, którą przed chwilą bezczelnie rzuciłaś c Mateusza. - kontynuowała staruszka. Leonora podeszła do chłopaka co wywołało w nim uśmiech. Dziewczyna wyciągnęła rękę oczekują aż chłopak poda jej kartkę. Drugą kartkę. Pustą. Niezapisaną. Podzwaniając złotymi kółkami w jej uszach podeszła do nauczycielki i dała jej kartkę. - A Po Trzecie. Proszę nam powiedzieć droga Leonoro o czym przed chwilą mówiliśmy na dzisiejszej lekcji. - Leonora skrzywiła się na dźwięk jej imienia. Trwało to tylko chwilkę a potem jej usta wykrzywiły się w złośliwy uśmiech - Rozmawialiśmy o tym że mam wyrzucić gumę - balon z gumy bezczelnie pękł przy twarzy nauczycielki gdy zadzwonił dzwonek. Oburzona zebrała wszystkie swoje rzeczy i wyszła z klasy zamykając za sobą drzwi. Szczęście miało to do siebie iż zawsze omijało szerokim łukiem jedną dziewczynę. A mianowicie Nadinne Forqur. Dziewczyna o o potarganych, długich ciemno brąz włosach pakowała się właśnie ubrana w czarną bluzę z kapturem, którego zarzuciła na głowę i czarne rurki. Złapała swoją spakowaną torbę i szarpnęła drzwi. Ani drgnęły. Spróbowała jeszcze raz i nic. - Cholera ! - krzyknęła na siebie Nadinne. Odwróciła się plecami do drzwi i ciężko usiadła na podłodze opierając się o drzwi. Otworzyła małą kieszonkę z tyłu torby i wyjęła z niej malutką  folióweczke z białym proszkiem. Westchnęła i wysypała zawartość "torebeczki" na wyjętą wcześniej linijkę. Rozkręciła długopis. Długą rurkę przytknęła jednym końcem do nosa i wciągnęła co było na linijce. Starała się nie kichać. Pochowała wszystko do plecaka i podeszła do okna. Patrzyła i myślała. Nie miała łatwego życia. Matka chlała ojciec w pace. Jedynie brat ją rozumiał. Pracował codziennie i tak utrzymywał rodzinę. Nadinne też starała się jak mogła gdzie była praca tam szła. Niestety to ni wystarczało wiec razem z bratem czasem co kradli. Nie mieli wyboru. Alarm rozległ się po całej szkole spanikowana Nadinne odwróciła się do drzwi i zrozpaczona rzuciła sie na nie waląc i krzycząc. - Eeej !!! Pomocy !!! Jestem tutaj !!! Pomocy !!! Eeeeej !!! Niech ktoś mi pomoże !!! Otwórzcie błagam...- zrozpaczona waliła w drzwi. Poczuła dym. Zaczęła kaszleć i sie dusić. Podbiegła do okna i sie z kim szarpać. Okno zacięło sie ale dalej z nim walczyła. Dusząc się miała coraz mniej sił. Nogi ugięły się pod nią i upadła. Trzymają ciągle rękę na klamce powoli jej oczy zamykały się. Upadła...

sobota, 28 lutego 2015

"Teatr Marionetek" 1

Rozdział 1
- Noet Grecic. Urodzony 1892 roku w Kwietniu 23. Zamieszkały w Cesvord. Brak jakichkolwiek wiadomości o jego jakichkolwiek krewnych. Pracował w teatrze a dokładniej sprzątał tam. Czy coś jeszcze Panno Trown ? - zapytał uprzejmie mężczyzna o czarnych włosach i kilkudniowym zaroście. Miał okolo 31 lat i był wysoki i szczupły. Większość kobiet z wydziału detektywistycznego starała się zwrócić na siebie jego uwagę i spodobać mu się niestety bez wysiłku. Wszystkie oprócz Francic (Fransi-s) Trown która wcale nie była nim zainteresowana. Wręcz przeciwnie. Darzyła jego wizerunek chłodną obojętnością. - Skąd mam wiedzieć czy coś jeszcze panie McCras ? To chyba pan przeprowadzał szczegółowe "śledztwo", jeżeli mogę tak to ująć, na temat kim ów nieszczęsny człowiek jest więc to raczej pan powinien wiedzieć czy "coś jeszcze". - odpowiedziała zimno Francic. Francic Trown była kobietą w wieku 29 lat. Kruczoczarne włosy idealnie pasowały do jej bladej skóry i błękitnych oczu. Kobieta nie była wysoka ale za to chuda. Nie lubiła nowych znajomości i często odzywała się zimno i wrednie. Pracowała w wydziale śledczym. Zajmowała się głównie morderstwami dzieci ale tym razem przydzielono jej sprawę starca o imieniu , już jej znanego, Noet Grecic. - Nie musiała pani tak nieprzyjemnie sie do mnie odzywać gdyż pytanie nie było kierowane do pani lecz do samego siebie. Nie rozumiem także dlaczego pani jest taka nieuprzejma wobec mnie skoro mamy od teraz razem pracować nad tą sprawą i wolałbym gdyby pani była troche bardziej uprzejma niż dotychczas. - odpowiedział równie zimno Erik McCras.
- Nawet nie wie pan jak z tego powodu się cieszę. - zakpiła Francic po czym dodała - Ja pracuje sama Eriku. I nie pozwolę by jakiś niedouczony szczeniak wszedł mi w drogę. - Erik McCras wydał się zdziwiony co można było także wywnioskować po jego odpowiedzi. - Nie wiedziałem panno Trown że mówimy już sobie po imieniu skoro znamy się tylko kilka miesięcy co w sumie wyraża brak szacunku z pani strony wobec mojej osoby. Zapewne pani także poczuła się urażona gdybym po prostu mówił do pani "Francic" albo "Fran" skoro tak krótko się znamy. A co do tego szczeniaka to chciałbym zauważyć że pomimo tego że nie ukończyłem szkolenia omijając fakt że nawę go nie zacząłem to nie znaczy, iż nie znam się na swojej obecnej pracy. A pomimo tego chciałbym również zauważyć, że jestem od pani starszy o 2 lata. - odpowiedział spokojnie Erik. Francic westchnęła tylko zirytowana i podeszła do zwłok mężczyzny, którego badał już lekarz. - Stracił dużo krwi co było pewnie przyczyną zgonu lecz jednak nie wiadomo co było powodem krwotoku. Mężczyzna nie ma na sobie żadnych śladów po nożu lub jakiś innych ran cielesnych oprócz rany na głowie. Pewnie uderzyły sie gdzieś bo nie tylko ma tą małą ranę ale ma także dość sporego guza. - stwierdził lekarz zawracając się do panny Trown. - Zabierze pan teraz zwłoki do laboratorium ? - zapytała kobieta. - Owszem. Chyba, że pani ma jakieś jeszcze zamiary przeszukania trupa.- odpowiedział lekarz. - Zwłoki zostały przeszukane godzinę temu proszę pana. Chciałabym prosić pana o jak najszybszą diagnozę gdyż chce niezwłocznie zakończyć całe śledztwo na ten temat. - powiedziała Francic a lekarz skinął głową. - Francic...- zaczęła mówić kobieta o krótkich blond włosach. Dziewczyna miała około 20 lat i była wysoka i szczupła. Opalona skóra idealnie pasowała do piwnych oczu. Była to Margaret Fort jedna z nielicznych, które miały zaszczyt przyjaźnić się z tak mądrą specjalistką swojej pracy jaką była Francic Trown. - Znaleźliście coś ? - zapytała ciepło Francic co się nie często zdarzało. - Tak znalazłam przystojniaka, któremu ewidentnie się podobasz bo gapi sie na ciebie godzinami takim wzrokiem jakby chciał z tobą bez zastanowienia wskoczyć do łóżka i z niego nie wychodzić. - odpowiedziała rozbawiona spoglądając jeszcze raz na Erika opartego o ścianę teatru i gapiącego sie na Francic. - Przestań Maggie pytam serio. - odpowiedziała Fran rozbawiona również spoglądając na Erika, który automatycznie odwrócił wzrok. - A ja ci serio mówię. Ale jeśli chodzi ci o śledztwo to znaleziono obcięty sznurek od marionetki na podłodze a lalka również zniknęła. Z tego co się dowiedziałam od właściciela teatru to była to lalka Maurici. Dziewczynki o smutnych oczach i dużych słuchawkach. Przedstawiała ona smutek, miłość, pożądanie i co ciekawe śmierć. Morderca pewnie miał jakiegoś bzika na punkcie tej lalki i tyle. - odpowiedziała koleżanka Fran. Kobieta na chwile pogrążyła się w myślach. - A może...- zaczęła po chwili panna Trown starannie dobierając słowa. - A może... Chodziło o jakiś... Hm... O jakiś... Obrzęd ? Może sprawcy chodziło... O jakiś rytuał ? - zapytała zamyślona Francic. - Może...- wzruszyła ramionami Margaret. - Ale na chwile obecną tego nie wiemy ale wiemy, a przynajmniej ja wiem, że jest już późna godzina i powinnaś sie wyspać bo ta praca cie kiedyś wykończy.- Margaret mimo tego, że pracowała razem z Francic dopiero rok szybko się uczyła od jej starszej koleżanki i tak dobrze ją znała, że wiedziała kiedy musi sie zaopiekować przyjaciółką i powiedzieć jej "stop pracy". Tak więc bez protestów Francic wyszła z teatru razem z Margaret i obie dziewczyny pojechały do swoich domów.

piątek, 27 lutego 2015

"Teatr Marionetek"



Prolog.
Szelest zbudził go z rozmyślania o swej niezbyt miłej pracy. Gdy usłyszał tupot malutkich drewnianych, tak dobrze mu znanych stópek od razu sie wyprostował i odwrócił gwałtownie w stronę sceny skąd dochodził dźwięk. Scena była półokrągła a po bokach wisiały długie, grube kurtyny których czerwień wręcz oślepiała. Podłoga sceny była wyłożona lśniąco brązowymi deskami a za kurtynami były drewniane schody wyłożone beżową i delikatną wykładziną.  Na samej górze po bokach umocowane były dwa wielkie reflektory które były ustawione na sam środek sceny ale były wyłączone. Troche wyżej od reflektorów było coś w stylu balkonu a jego drewniana barierka była z czarnego, lśniącego drewna i była rzeźbiona w najpiękniejsze wzory. Balkon ten służył lalkarzom, którzy z góry trzymali długie cienkie linki przyczepione do marionetek. Przed samą sceną były poukładane w rzędach siedzenia bardzo podobne do foteli na których leżały poduszki z czerwonego aksamitu. Na scenie nie było nikogo co go zdziwiło. - Cholerna robota...- mruknął niezadowolony. Kolejny tupot sprawił że obracając się gwałtownie do tyłu skąd był dźwięk zaplątał się w swoje nogi i upadł uderzając głową o będę z foteli. Z jego głowy zaczęła sączyć się cienkim strumyczkiem krew. - A niech to szlag...- wymamrotał przyciskając dłoń do rany. Mroczny śmiech sprawił iż mężczyznę przeszył zimny dreszcz strachu. - Kto tu ?! - krzyknął w otchłań teatru. - Teatr zamknięty ! Proszę przyjść jutro ! - krzyknął czując jak rośnie w nim strach. Kolejny mroczny śmiech a po jego plecach przeszedł zimny dreszcz. Cichy stukot zaczął się do niego zbliżać i z ciemności wyłoniła się mała marionetka przedstawiająca dziewczynkę o smutnych oczach i słuchawkach na uszach. - Proszę zostawić tą lalkę ! Nie wolno bawić sie marionetkami ! - krzyknął zirytowany mężczyzna. Mała laleczka przechyliła główkę przyglądając się starcowi. Marionetka poruszyła malutkimi palcami co było nie możliwe iż nie miała doczepionych sznurków do palców. Mało tego. Sznureczki tak cienkie wisiały poobcinane na podłodze. Starzec zaczął pluć krwią. Z jego ust oczu i nosa wypłynęła ciemno czerwona krew. Mężczyzna opadł bezwładnie na ziemie niczym marionetka.  Krew cały czas leciała z jego ciała a on jeszcze przez jakiś czas miotał sie na ziemi usiłując sie uratować. Laleczka stała i patrzyła dużymi oczyma na całe to przedstawienie aż do momentu gdy ciało starca przestało się ruszać. Marionetka podeszła do trupa i swoimi drewnianymi palcami wygrzebała oczy starca z ich oczodołów i chowając niewidzące oczy zniknęła w otchłani teatru a na jej miejsce został tylko mroczny śmiech...

Zgadnij Kim Jestem

Nazywam się Karolina ale nie lubię swojego imienia... Wole by mnie raczej znano jako "Metafora" pare słów o mnie...
Jestem Metaforą mam ciemno brąz włosy i piwno-zielone oczy. Nie jestem wysoka ale za to dosyć szczupła. Pisze opowiadania, wymyślam makijaże oraz interesuje się fotografią. Mam oryginalny styl i nie toleruje zgapiania z kogoś. Moje opowiadania : "Teatr Marionetek", "Biały Proszek", "To Nie Takie Proste być sobą, to nie takie proste żyć" Dziewczyna na Zdjęciu to ja xd